A Tomek faktycznie się tym zajął. Po dokonaniu karkołomnego wyboru około dwudziestu piosenek zaczął najpierw kombinować, jak z mojego materiału coś wyłuskać. Niestety, ni w ząb się nie dawało przeskoczyć potwornych szumów z piskiem dzikim zbełtanych, jakie przy nagrywaniu na komputer maszyneria na ścieżce zostawia, jak rysę na karoserii, jak piach w łożysku. Brzmiało to jak tramwaj na zakręcie w deszczu gwoździ. Siedział przy tym i w głowę się drapał, jak to usunąć i co w ogóle z tym zrobić. Nic z tego drapania nie wyszło i do roboty trzeba się było wziąć od nowa. Tomek wziął na siebie odpowiedzialność i rozpoczął żmudną pracę nad nowymi aranżacjami.

Trochę to potrwało. Po zakończeniu fazy wirtualnej do tomkowej pracowni, w tamtym czasie nazwanej Studio Święty Spokój, wkroczył Kokos. Wkroczył do SŚS z przewodami, wzmacniaczami, przedwzmacniaczami i powzmacniaczami, przedłużkami, wtyczkami, złączami, złączkami i rozdzielaczami, a także dźwiękoszczelnymi parawanami i perskim dywanem. Wkroczył, poupinał, poprzełączał, poprzeciągał, popstrykał, poczarował i wyszedł. A my z Tomkiem we dwóch, robaczki w gąszczu kabli jak w bluszczu, stąpaliśmy na palcach przestraszeni, żeby czegoś nie pstryknąć niechcący, bo nijak ogromu tego ornamentu nie ogarnialiśmy jeszcze.
Kabina do nagrywania wokali z tych parawanów wzniesiona, zwieńczona pokrowcami do gitar, co to się trumny chyba kiedyś nazywały, a stanowiły w tej budowli główny element konstrukcyjny, stała się moim domem na następne miesiące. Z perskim dywanem pod stopami wydzierałem się odtąd jak wyrwany z nocnych koszmarów, dmuchając decybelami w mikrofon, który jakimiś meandrami trafił w nasze ręce po Breakoutach. A trumny nade mną jak przepowiednia wisiały, jak klątwa, bo co entuzjazmu się ze mnie więcej wydostało, by ręką machnąć znacząco do rytmu, już przerażony wzrok Tomka zza konsolety, bo mi się trumny za życia na głowę waliły. Tak to tyle samo w tym moim śpiewaniu odwagi było, co lęku, ale jakoś tomkowe ucho poparte trenerskim doświadczeniem to podstępem, to groźbą, to perswazją wyżęło ze mnie kilka niefałszywych dźwięków. Tym moim wyciśniętym, wygniecionym wokalom mocy i powietrza dodał Kudeł dośpiewując chórki i dublując refreny. Piqon dograł większość gitar, syn powstańca jak serią po bruku wyrżnął w gryfie solówkę w powstaniu i innych kawałkach i szczerze wywrzeszczał „chcę stąd wyjść”. Główną robotę wykonał Tomek, porobił bębny, klawisze, zagrał resztę gitar, wszystkie basy i zaśpiewał, może zawył czy zapiszczał, nie wiem, jak to zrobił, ale to on zaśpiewał chórki w „Stoję jak kołek” i innych pieśniach. Na koniec zmiksował połowę utworów, a drugą, która nie wyszła tak jak chciał, dał do zrobienia Rafałowi. Jak to się stało, że to jest, ten materiał, czy ten zespół, neo-, post-, czy niedopunkowy, naprawdę nie wiem. Ale jest i cieszę się. Dzięki Gąssalu. P.S

O zespole
Piotr Sokołowski
Tomasz Gąssowski
Jak powstały piosenki
Dlaczego Iwona?