Przyszedł dzień, w którym dokonałem jednego z największych odkryć mojego życia. Zrozumiałem, co trzeba zrobić, żeby napisać piosenkę.
Aby napisać piosenkę, trzeba napisać piosenkę.
Zacząłem słuchać piosenek pod kątem tego, jak są zbudowane, co to tam w nich jest. Szczególnie piosenki kościelne, tradycyjne pieśni, były wówczas moją fascynacją. „Ludu mój, ludu” – to robiło na mnie wrażenie. Przy słowach: „jam ci…“ coś tam coś - takie się otwarcie jakoś robiło, szeroko stawało się nagle i podniośle. To jakiś mol wchodził i dla mnie to rewelacja była i okrycie. Wesołe piosenki na molach robić. Nie mówię, że „Ludu mój, ludu” to wesołe jest, ale kiedy ja jakieś słowa, nawet poważne, próbowałem pisać, to mi się zawsze na prześmiewczo skręcało i nici z powagi, a muzyka hymniasta zostawała.
A raz tak się zachwyciłem melodią „Soldat” Piatnicy, że ni w ząb nic innego nie mogłem, dopóki do tego słów nie napisałem i niemal żywcem tamtą melodię użyłem. Potem, jak już płyta miała być, pojawiły się problemy, że to plagiat, a tych chłopaków z Piatnicy nijak nie można było namierzyć, żeby się zgodzili, z ich melodią piosenka żeby była. A dla mnie wówczas nic takiego jak plagiat nie istniało, bo mi się piekielnie śpiewać chciało, żeby wszystko to wyśpiewać wreszcie, i nic mnie nie obchodziło na jaką melodię. Dla mnie melodia to masło na chlebie było, żeby się słów lepiej słuchało.

A cała sprawa stąd się wzięła, że postanowiłem całkowicie zerwać ze sztuką. Uznałem, że sztuka to choroba jest; że zamiast ludziom wrażliwym pomagać w komunikacji ze światem, ona tę komunikację jeszcze bardziej utrudnia, a i człowieka zatruwa. Więc postanowiłem zerwać, choć świetnie mi wtedy szło malowanie powiedziałem: koniec i sam sobie oraz światu (mój świat dość niewielki był zawsze) oznajmiłem, że zrywam ze sztuką i nowego miejsca dla siebie szukam. Długo nie wytrzymałem. Po miesiącu gdzieś zacząłem jakieś teksty pisać. Najpierw frustracje swoje na sztukę, środowisko, niedocenienie własne w piosenkach wyrzucałem, a kiedy już smętów miałem dość, zacząłem pogodniej pisać (tamtych smętów to nikt nigdy prócz mnie jeszcze nie słyszał). Jak się worek rozsypał, to nie mogłem skończyć. Wciąż w tajemnicy robiłem te piosenki i nawet moja żona przez pół roku nic nie wiedziała. Ja wciąż, że niby się zastanawiam, co w życiu robić, ale poczucie winy wielkie, że zamiast jak Bóg przykazał na rodzinę i w ogóle, ja w jakieś dziecinady uciekam.

W końcu po pół roku na poważną rozmowę moją żonę biorę i rozpoczynam z góry, że poważnego coś jej muszę wyznać. W oczach jej widzę lęk, że teraz ze zdradą albo rozstaniem zaraz wyjadę, a ja ze śmiertelną powagą, że coś ważnego przed nią dotąd ukrywałem i że mi wstyd, ale już dłużej nie mogę ukrywać. I wypaliłem, że od pół roku dzień w dzień piosenki piszę i muzykę do nich, i na komputerze nagrywam, i sample dobieram. No to po takim napięciu już nic innego jej nie zostało, jak ucieszyć się, że to w sumie źle, owszem, ale może nie aż tak bardzo. I zdziwko, bo jej się piosenki bardzo spodobały, że jak już, to myślała, że ponuractwa straszne będą, bo znała mnie, że ja tak bardziej Cohena, Wysockiego czy Brela; a tu zaskok, że piosenki z rytmem i jadą, a i śmieszne czasem. Po tym, jak ruszyłem z robotą, to już nie jedną, a dwie dziennie potrafiłem dokonywać. Już też odważniej innym puszczać zacząłem i płytki rozdawać, i to był piękny okres, bo przyjaciele zaskoczeni wyznają, że słuchają i w domu, i w samochodzie, i że dzieci też i o następne proszą.

Wtedy egzamin najpoważniejszy postanowiłem zrobić i Tomkowi puścić w końcu. On to, bądź co bądź, był źródłem mojego zainteresowania, bo to za jego namową pierwsze swoje słowa do jego piosenek napisałem. Ale muzykę samemu robić, toż to obraza i się bałem. Na wszelki wypadek tego dnia nie planowałem mu piosenek puszczać, bo jakbym się nastawił i nie odważył, to bym sobie wyrzucał potem. Więc wizyta jak zwykle miła i jakoś tak samo wyszło. Leci moja muzyka, mars na czole wodza, zmarszczka pionowa mówi - słucha, ale nic nie widać jeszcze. Kamienna twarz. Wysłuchał wszystkiego i mówi: wysłuchałem wszystkiego uważnie, bardzo mi się podoba, ja się tym zajmę, puść proszę ten, ten, ten i ten numer jeszcze raz. Po wysłuchaniu mówi: naprawdę mi się podoba, poproszę o płytkę. No to jeszcze z większym zapałem ruszyłem do pisania. I tak z osiemdziesiąt piosenek nagrałem, a drugie tyle w formie szkiców zostało.
O czym pisałem? Wszystkie swoje skrywane lęki i uprzedzenia obśmiewałem, a i uwolnienia co i rusz doznawać miło było. Ludzie, piszcie piosenki! Coś was gryzie - piszcie w cholerę i dalej idźcie, bo najgorzej zatrzymywać w sobie. Jak napiszecie, następne z większą jeszcze siłą do was przyjdzie i świat kolorowieje, nawet jak smęty piszecie. A jak do piosenek nie macie serca, co innego piszcie, albo rysujcie, albo zdjęcia róbcie, filmy. Do komunikacji ze światem to się średnio nadaje, ale dobrze służy komunikacji ze sobą. Tylko nie myślcie, że to coś warte jest, bo już zginęliście. Zginęliście, tak jak ja zginąłem.

O zespole
Piotr Sokołowski
Tomasz Gąssowski
Jak powstały nagrania
Dlaczego Iwona?